HJNTIY (sobota, 8 sierpnia 2009 13:52:19)
"On potrafi być taki dobry. Naprawdę. Tylko chciałabym, żeby nie
mówił mi stale, bym się zamkneła". I własnie w tym tkwi
problem. Spróbuj tego nie ignorować. Rozumiem, że „on ma
wiele innych wspaniałych cech". W koncu dlatego sie w nim
zakochałaś. Przecież nie zakochałabys sie w dupku. Spróbuj pewnej
sztuczki: zapomnij o nim i o jego zaletach. Zapomnij też o jego wadach.
Zapomnij o wszystkich wymówkach i obietnicach. Zadaj sobie tylko
jedno pytanie: Czy on cię uszczęśliwia?


Greg Behrendt

komentarze [0]



... (niedziela, 12 lipica 2009 13:00:12)
coby nie wsiorbało

komentarze [0]



something (środa, 6 maja 2009 12:40:45)
Pies po operacji dochodzi do siebie

Na oknie taki jeden żółty, uśmiechnięty

Pippi pogryzła swój nowy hamak

i niewiemcozrobićnaobiad.

Ale ogólnie rzecz biorąc jest całkiem cacy. Uff.

komentarze [2]



oh.my.god. (środa, 22 kwietnia 2009 11:05:50)
zwierzyniec śpi, ja się uczę.
drażniącą nozdrza woń zbliżającej się sesji czuć coraz bardziej. świat się kończy.

..................
i kolejna różnica zdań

komentarze [3]



Much better (czwartek, 22 stycznia 2009 15:15:50)
spróbujmy tak od nowa...



--------------------------
Seszyn, seszyn, seszyn. Aaaa!

...i Abba na dobry nastrój: Our last summer

komentarze [0]



The end of the line... (niedziela, 18 stycznia 2009 02:21:57)
Tak kończy się historia wielkiej miłości. On kocha ją a ona jego, ale nikt nie chce wykonać pierwszego kroku. Oboje cierpią, będąc zaledwie 3 piętra od siebie. A rycerze nie istnieją...
Kiedyś myślała, że znalazła jednego na białym rumaku, myliła się. On nie chce o nią walczyć.



"mam to w dupie" - te słowa bolesnym echem odbijają się w jej głowie...

komentarze [0]



Forceless (sobota, 29 listopada 2008 20:52:10)
Kawałek po kawałku tracę siebie. Znikam w bezlitosnej próżni, czuję się jak nikt. Czasami. To, co mam do powiedzenia, się nie liczy. Bo przecież bzdura, bzdura, i bzdura, i przecież Ty wiesz lepiej. Nadinterpretacje doprowadzają mnie do histerii, niszczą od środka całą moją osobowość. Id, ego i superego mieszają się i już same nie wiedzą które jest które...

Nie, nie jestem silna. Tylko staram się być. Zaczynam potrzebować coraz więcej samotności, zamykam się w moim własnym hermetycznym światku, którego jeszcze nikt nigdy nie poznał w całości.

Bo przecież nikt nie widzi, gdy płaczę - pamiętasz?

Stokrotka.

komentarze [0]



Waiting (sobota, 15 listopada 2008 13:29:54)
Nienawidzę, jak ludzie wtrącają się w cudze sprawy, nieproszeni komentując ich życie. Potrafią wówczas wiele zniszczyć, być może niechcący, ale jednak. Od takiego jednego komentarza zaczęło się moje małe piekło, i w efekcie ogromny konflikt wewnętrzny (zdesperowane Ego chyba poda się do dymisji).
Od prawie dwóch dni moje cierpienie sięga szczytu Mt. Everest, i staram się cierpliwie czekać na jeźdźca na białym rumaku, który mnie stąd wybawi, przyjedzie po mnie tu wysoko i zapewni, że już będzie dobrze. Ja nie mam jak zejść na dół, góry są niebezpieczne a ja zbyt słaba, boję się lawiny. Czekam więc, czy przyjdzie mi umrzeć z zimna? A może mój rycerz pokona tę drogę, przybędzie do mnie, i bajka znów będzie trwać?

komentarze [0]



(niedziela, 2 listopada 2008 12:36:48)
Czasami nie zdajemy sobie sprawy z wielu rzeczy, czasem wręcz przeciwnie. A jednak czy tak, czy inaczej, gdy je słyszymy, dopada nas jakieś dziwne uczucie, bo "przecież ja już to wiem"; a jednak jest ciut inaczej, bo nigdy nikt tego nie ubierał w słowa. Zwłaszcza, gdy mowa o słowach zagmatwanych.
W pewnym sensie przeszłość postanowiła przypomnieć mi o sobie, i choć nie ma to już większego znaczenia dla mojego dalszego życia, to jednak jakiś ślad po sobie zostawiło, jakieś takie dziwne uczucie, że o mały włos. Jak to wszystko jest banalnie proste, by nagle puścić życie innym torem niż dotychczas, i zmienić wszystko jakby magiczną zwrotnicą, zmienić całą dopuszczalną przyszłość. Czasem nie tylko własną.

And the memory of Minnaloushe Monk.

komentarze [0]



koniec etapu AuPair - welcome home (czwartek, 11 września 2008 22:41:01)
Pierwszy raz mam chwilę, by w końcu rozpakować komputer i coś naskrobać. Wróciłam do Polski przedwczoraj, i od tego czasu byłam nieziemsko zabiegana, zresztą nadal jestem.

Ale jak to było... Koniec końców Tilly zamówiła mi taksówkę na Easy Busa (siostra pojechała ze mną na Victorię), i tak powoli dotarłam na Stansted, gdzie szczęśliwie szybko spotkałam Polaków, z którymi leciałam samolotem, i nie musiałam samotnie plątać się po lotnisku. Lot był taki sobie, choć ekspresowy - byliśmy pół godziny przed planowanym lądowaniem. Potem Mamcia, Babcia, pies, bukiet róż, Skarb niestety nie dał rady dojechać na lotnisko, więc zobaczyliśmy się nieznacznie później, ale jakież to było powitanie :)

Teraz powoli zaczynam wracać do trybu życia sprzed miesiąca, choć idzie mi to ciężko, bo nie umiem od nowa zacząć długo spać. No i sporo roboty, ajaj...

komentarze [0]



Dwudziesty ósmy dzień z życia AuPair - jeszcze 3 dni... (sobota, 6 września 2008 21:22:09)
Weekend. Ostatni weekend w stolicy Wielkiej Brytanii. Wczoraj popłynęło trochę łez, bo okazało się, że dobro nie zawsze wraca do nas stamtąd, skąd byśmy się tego spodziewali. Ridiculous...
Żałosne były jej argumenty, a nie moja prośba, ale nie psujmy sobie nerwów.

Z Madame Tussaud's raczej nici. Siostra stanowczo protestuje, a nie widzę najmniejszej przyjemności w samodzielnym zwiedzaniu. Niniejszym jedna z większych Londyńskich atrakcji przelatuje mi koło nosa. Nic, następnym razem.

Sama w domu. No ok, z kotem. Oglądam sobie Shreka, żeby było ciut weselej, bo tak tu pusto i beznadziejnie.

Przede mną przed-przedostatnia noc. Tęsknię, ale już niedługo... :*

komentarze [0]



Dwudziesty trzeci dzień z życia AuPair - superniania? (poniedziałek, 1 września 2008 20:24:09)
Wychowywać dzieci czy rodziców? Kurde, przecież oni są ode mnie ponad 10 lat starsi...! Ale jednak muszę. Hierarchia w tej rodzinie jest silnie zaburzona, o ile w ogóle jakakolwiek tu istnieje. Dzieci mogą wszystko. Rodzic chce wyjść, dziecko płacze, rodzic nie wychodzi. I tak zawsze. Dziś powtórka z rozrywki. Ale tym razem nie patrzyłam już na to obojętnie, nie wiedząc jak się zachować kiedy dziecko wisi na tatusiu i ma w głębokim poważaniu jakiekolwiek moje próby zwrócenia uwagi na coś innego. Jesse chciał wyjść. Lola w ryk, uczepiła się tatusia i nie chciała puścić. Tatuś znów chciał zmienić dla niej plany, ale powiedziałam, że nie powinien. Zaczął tłumaczyć dziecku, że musi wyjść, ale do dziecka nie dociera. Jesse, daj mi ją, potrzymam, a ty idź. Przestanie ryczeć po 5 minutach. I miałam rację. Mała wpadła w histerię, próbowała mi się wyrywać i biec za tatusiem. Ale trzymałam mocno dopóki nie zobaczyłam przez okno, że wsiadł do auta. Potem wskoczyła mi na ręce i ryczała rzewnie, ale nie przejmowałam się, choć pocieszałam. 5 minut później biegała już i się śmiała, i jedyne co to nie spuszczała mnie z oczu. Ale potem już cały dzień ok... Czyżbym nauczyła tatusia nie zmieniać planów "bo dziecko histeryzuje"?

komentarze [0]



Dwudziesty drugi dzień z życia AuPair - gówniara pseudoopiekunka (niedziela, 31 sierpnia 2008 21:57:17)
Niedziela pracująca, odrabiałam piątek. 20kg prasowania na 6 godzin pracy, a dzieckiem 'zaopiekowała się' Charlotte. Idiotka to mało powiedziane, wywiozła Lolę gdzieś do siebie, wróciła z głodnym dzieckiem łaskawie po 18, zaprosiła sobie jakiegoś fagasa, siedziała przy kompie, a dziecku włączyła TV, po kąpieli zostawiła burdel, i nie czytała dziecku bajki na dobranoc tylko po prostu położyła spać.

Za to wielkie dzięki siostrzyczce za dziś, bynajmniej było raźniej, no i kolejny dzień można zaliczyć do tych fajnych :)

komentarze [1]



Dwudziesty pierwszy dzień z życia AuPair - fortune cookies (sobota, 30 sierpnia 2008 23:33:50)
Pobudka o 7:30, autobus o 9, Harrods, szybki trip po NHM i w końcu china town z jakże wykwintnym uwieńczeniem wycieczki posiłkiem w McDonald's bo chińskie żarcie za drogie.

Na koniec dnia winko u Sis i zonk wszechczasów.


Ot, co...

komentarze [0]



Dwudziesty dzień z życia AuPair - święty spokój... (piątek, 29 sierpnia 2008 22:20:39)
Cały dzień wolny, a dzieci away, więc w końcu mogłam się wyspać bo nikt się nie darł od 7 rano. O 11 do siostry, i tak cały babski dzień u niej w domu, bo sis musiała pilnować Coco. Ale było fajnie i miło, drugi taki wspólny dzień w niedzielę u mnie, jak moje dzieciaczki będą... Jutro China Town i Natural History Museum w planach, czyli cały dzień w centrum.
Teraz sama w domu bo Jesse na gigu, a Till' z dzieciaczkami na wsi. No dobra, nie sama. Z kotem i gigantyczną ćmą, która lata wokół lampy w moim pokoju od przedwczoraj.

Nie lubię Anglii. Jest tu siostra, ale mimo to czuję się tu tak strasznie samotna. Chcę do domu...





Pragnę znaleźć się znów u Twego boku, nasłuchiwać bicia Twojego serca, czuć Twoje ciepło. Schronić się w ciepłych ramionach, z dala od ciemnych i cichych londyńskich uliczek, które tak bardzo znienawidziłam... Nie lubię tego miasta... Przerażająco ogromne, przerażająco puste, przerażająco straszne. Z utęsknieniem czekam na chwilę, gdy zza rozsuwanych drzwi lotniska im. Mikołaja Kopernika, czekając na bagaż, zobaczę Ciebie, czekającego tam na mnie. Jeszcze 11 dni. Tylko, czy aż 11? W perspektywie tego, ile już mam za sobą - zdecydowanie tylko. W perspektywie tego, jak bardzo tęsknię - baaaaardzo "aż"...

Nie wiem...
Odliczanie do powrotu pełną parą.
11 dni...

komentarze [1]






2006
styczeń (12)
luty (12)
marzec (14)
kwiecień (15)
maj (8)
czerwiec (9)
lipiec (7)
sierpien (7)
wrzesień (13)
październik (11)
listopad (3)
grudzień (5)

2007
styczeń (3)
luty (6)
marzec (3)
kwiecień (5)
maj (3)
czerwiec (6)
lipiec (4)
sierpien (19)
wrzesień (12)
październik (7)
listopad (4)
grudzień (3)

2008
styczeń (8)
luty (7)
marzec (5)
kwiecień (2)
maj (2)
czerwiec (7)
lipiec (4)
sierpien (13)
wrzesień (3)
listopad (3)

2009
styczeń (2)
kwiecień (1)
maj (1)
lipiec (1)
sierpien (1)